sobota, 12 kwietnia 2014

prosiaczek

Całą zimę Norwegia ukryta była pod chmurami. Również dziś niebo jest ich pełne. Szarość, deszcz, typowo jak na tę porę roku - chujoza z depresją, miks zwany potocznie melanchujnią. Po kilku miesiącach bez słońca pożądasz czegoś jasnego, kłuje cię gdzieś w głębi i każdy kolor stapia się pod tęczówką z chęcią istnienia, spływa do serca, zagnieżdża się w snach o wiośnie. 

Jadąc pociągiem do Oslo, oglądasz pozostałości po śniegach, które spłukują hektolitry tłustego deszczu: stare i nowe rowery, porzucone przy torach, butelki, bilety, tony niedopałków i wyssane torebki snusu, swetry i buty pogubione przez pijanych tubylców. Tak naprawdę nie są trupami, znakami przemijającego czasu, a symbolami odnowy, odrodzenia, które w maju znikną w czarnych workach ekip sprzątających. 

Dojeżdżam na Jernbaneorget - dworzec główny. Oprócz zwykłych ludzi czekających na pociągi, wylegują się na ławkach narkomani, cyganie i bezdomni proszący o kilka koron. Potrząsają kubeczkami po kawie z Narvesena. Nagle słyszę krzyk po polsku. Wielki kark, istne karczycho i drobna niczym małpka na ramieniu pirata brunetka. Jeśli była kiedyś między nimi miłość to dawno zdechła, bo facet wzrok ma jak wkurwiony buldog warczący przy płocie na wysypisku. Zacisnął pięści i powiedział coś, czego nie zrozumiałem. Małpka krzyknęła tylko: „To co to za życie, kurwa!? Spierdalaj dupku!” I poszła. Zabawnie zaczyna się dzień, pomyślałem, zwłaszcza, że nastrój od rana miałem podobny do koloru nieba. Wsiadłem do metra i pojechałem na misję. Dziś sobota i zastępowałem w szkole katechetę. 

Uczniowie pamiętali mnie z zeszłego roku. Nie musiałem długo czekać, a już przytaczali mi jakieś cytaty ze starych lekcji. Poznanie ich przyszło mi z niemałym trudem, bo prawie wszyscy przeszli olbrzymią metamorfozę w przyszłych Skandynawów. Począwszy od ubrań, a na fryzurach i przyroście komórek kończąc. Tematy przed Wielkanocą dostałem nietęgie i już w metrze zastanawiałem się jak sprawić, by martwy język Biblii przekuć na coś atrakcyjnego. "Jesteśmy ludem bożym", "Sakramenty darami łaski Boga", "Pan zmartwychwstał i jest z nami"...no kuźwa. 

Na początek trafił mi się lub boży z klasy VIII. Sakramenty. Jak zwykle u większości ujawniły się małe problemy z czytaniem i rozumieniem: 
- Daję wam wszelką władzę w meble i na ziemi. 
- Jesteśmy dziećmi boga od dnia rzutu świętego. 
- ...kolejnym sakramentem jest namarszczenie chorych. 
- Proszę pana dlaczego tu jest napisane: Jezus z marchi wstał? itp. 

Potem było znacznie lżej, bo trafiłem do klasy, w której zastałem tylko jednego ucznia - Janka. Nie było sensu robić lekcji, więc zapisaliśmy temat "Jezus żyje!"i pogadaliśmy o Diablo III. Do tego uzyskałem informacje jaką kartę graficzną ma brat Jasia, a także ile godzin przerżnął już w CSa. "512 godzin, proszę pana, ponad trzy tygodnie nontoper. Jak ja się dorwę to nikt mnie nie odczepi od myszki, hehe. Mamy obok domu hyttę i tam gramy z bratem, ale internet tylko 7 Mb/s, to słabo z onlajnem". Okazało się, że tata Janka jest również zapalonym graczem i zamiast paska, do złojenia skóry synowi używa Strongholda albo Medieval Total War. Chwilę jeszcze pogadaliśmy o MMA team i religii, a potem zapytałem go dla formalności o to, czy orientuje się chociaż, jakie sakramenty już przyjął. 
- Chrzest miałem, komunię, kompa dostałem wtedy wypas, i w zeszłym roku bierzmowanie, to tablet zgarnąłem. 
- A jakie sobie imię wziąłeś? 
- Monitor. 

(sprawdziłem. true story: pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awi%C4%99ty_Monitor) 

W IX klasie okazało się, że nikt nie wierzy w Boga, a w V musiałem znów nauczać dziesięciu przykazań. Było trudno, bo do grupy dołączył nowy uczeń - Grzesiu, który zbierał słowne cięgi od kolegów z przerostem mentalnej fujarki. Do tego był tłusty, niestety brzydki i roztaczał aurę lat 90-tych fryzurą "krótko z przodu, długo z tyłu". Co chwilę odwracał się i odbijał piłeczkę pokazując wiadomy palec ("sam się goń, chuju", "chcesz wjeb?"). Tata Grzesia na pewno złoił w życiu kilku leszczy, bo młody miał wyraźny nastrój na mielone z koleżków. Przypomniał mi się Golding, a bojowy nastrój Grzesia sprawił, że chłopak wyglądał na Prosiaczka z "berserk mode". 

Uspokoiłem trochę nastroje jakąś mega słabą przypowieścią z podstawówki i kontynuowałem. Po kolei tłumaczyłem młodym chrześcijanom, co oznacza każde z przykazań. Zapytałem w końcu: co to znaczy "czcij ojca swego i matkę swoją"? Od razu dostałem odpowiedź od Prosiaczka: "Nie pyskuj! Słuchaj się". Pod koniec lekcji, gdy dziesięć przykazań nie stanowiło już dla nikogo żadnej tajemnicy, rozluźniło się. Mała Kasia zapytała: 
- Ogląda pan wojsofpolant? 
- Nie, nie mam telewizora. 

Cisza. Jak w kościele. Pogrzeb jakiś, myślę. Nagle zrywa się Grzesiu: - Co? To co to za życie? Chór przerośniętych fujarek zaczął się śmiać. 

Prosiaczek odwrócił się i fuknął: 
- Spierdalać, dupki! 

Uśmiechnąłem się i ja.

czwartek, 16 stycznia 2014

Słowacki

Gimnazjalista (najpewniej), brudna kurtka, niski i chudy blondyn.

"Dobry. Przyszłem oddać to" (w rękach ma Małego Księcia)

"Ok. Coś bierzesz nowego?"

"Tyro bydzie Ballandyna"

czwartek, 6 czerwca 2013

Mojżesz


Pogoda ssała. Wyglądało to tak, jakby ktoś nie mógł się zdecydować czy zrobić z ludzi mokre szmaty za pomocą deszczu czy słońca. Padało, po chwili na niebie nie było ani jednej chmury, znów potwornie lało, a po godzinie stado bab wybiegło truchtem na leżące niedaleko, parujące boisko i opalało się w południowym słońcu. Sobota była pierwszym wolnym dniem jaki miałem od kilku tygodni, więc cieszyłem się perspektywą chrystianizacji młodzieży jak bękart na zjazd rodzinny. Chodziłem po klasie, w której garstka uczniów, a za kilka lat ostoja chrześcijaństwa, dowiadywała się kim był Mojżesz i jak potrafił wykorzystać magię wody. Po cudownym zesłaniu przepiórek i czegoś do popicia, Mojżesz uzyskał na dwóch tablicach dziesięć przykazań. Po narysowaniu na tablicy dwóch tablic, przyszła pora na objaśnianie. 

Zacząłem sobie przypominać, gdy na religii w podstawówce, katecheta tłumaczył nam tajemnice dziesięciu przykazań, przedstawiając wszystko tak sprawnie, że nie zauważyłem wtedy prawie żadnych niedomówień. Tak jest i już: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną, jebs. No jasne, że nie będę miał, bo kim są ci wszyscy bogowie, skoro pierwsze z głównych prawd wiary mówi: Jest jeden Bóg!? Ale przebiegłe dzieciaki zapytały mnie: Czy istnieją inni Bogowie? To Allah też jest bogiem obok Jezusa? A ta reszta bogów to z Indii pewnie jest albo z Afryki, co? Dlaczego Bóg jest zazdrosny o innych bogów? itp. Dalej jakoś szło, choć mieli problemy przy czczeniu ojca i matki, nawet wtedy, gdy ci codziennie walą w kanał albo zbyt często wyszarpują ze spodni pasek Livajsa. 

Już myślałem, że pójdzie gładko, gdy nagle usłyszałem głos z drugiej ławki: 
- Proszę pana a czym jest cudzołóstwo? 
Chłopak o długim nosie, przypominającym skocznię w Vikersund i minie mówiącej: JA WIEM, PALANCIE, ALE CIEKAWE JAK TY TO OPISZESZ. Zdawałem sobie sprawę, że w końcu do tego dojdzie. Nie trzeba było robić lekcji o przykazaniach, pomyślałem. I tak miałem kłopoty przy pierwszych czterech, bo na szczęście "nie zabijaj" i "nie kradnij" moje prywatne barnehage rozumie dosłownie. Spojrzałem za okno w poszukiwaniu inspiracji – znów szaruga i deszcz, w głowie pulsowało bolesne staccato. 

Nie było rady, zabrałem się za tłumaczenie, wybierając opcję "dosłowność". Narysowałem na tablicy łóżko, a w nim dwie osoby: "Widzicie? To są mama i tata, leżą w swoim łóżku", zaraz obok narysowałem drugie, w którym umieściłem jedną osobę. "To jest pani lub pan, jak widzicie śpi sama/sam w swoim łóżku. Gdy mama lub tata przechodzą do tego drugiego łóżka, to mówiąc dosłownie, wchodzą do cudzego łoża, a więc cudzołożą. Rozumiecie?". Widziałem, że rozumieją. Długi nochal był wyraźnie niezadowolony, ale nie mógł już nic zrobić. 

Już chciałem przejść do ósmego przykazania, gdy nagle odezwał się nieduży chłopak o zamglonych oczach, nieco schowanych za przydługą grzywką. Wyglądał trochę tak, jakby cofał się do przodu. Należał do gatunku ludzi, którzy używają peselu jako hasła do konta w banku. Zatapiają się w Diablo III albo Elder Scrolls i tną wrogów, byleby nie uciąć sobie pogawędki z kumplem. Orędownicy pokoju, najczęściej swojego. Ci którzy mają kontakt z piłką dopiero, gdy trafi ich w mordę i są obiektem drwin połowy klasy. Druga połowa napierdala ich po lekcjach za szkołą. I usłyszałem to, co powiedział, głosikiem tak słabym, że mógłby uchodzić za bzyczenie komara:
- Szkoda, że mój tata nie jest na tej lekcji.

Popatrzyło się za okno, za którym znów jaśniało. Promienie przebiły się przez chmury prostymi liniami światła. Spuściłem głowę i śmiejąc się w duchu, nie odzywałem się przez jakiś czas.
Jest na to jakieś przykazanie?

czwartek, 9 maja 2013

siedem


W zeszłym tygodniu zastępowałem kolegę w pracy. Robiłem to już wiele razy, przychodziłem za nieobecnych, dawałem z siebie wszystko lub absolutne minimum i raz lepiej, raz gorzej wcielałem się w czyjąś rolę. Większość z owych spektakli, z racji wykształcenia, odgrywałem oczywiście w szkole, kiedy to zamiast przyrody czy matematyki, męczyłem skubańców ojczystym. Jak wiecie, zdarzyło mi się w zeszłym roku zostać katechetą, więc i o taką rolę poproszono mnie w ostatni czwartek. Jako dubler kolegi teologa miałem przebrnąć przez bagno przygotowujących się do komunii trzecioklasistów. Cieszyłem się jak pająk na wrotki.

Oprócz śpiewania pieśni „Ofiaruję tobie panie mój...” musieliśmy przeczołgać się przez tekst utworu „Com przyrzekł Bogu przy chrzcie raz”. Już sam tytuł wzbudził kontrowersje; pytano mnie jak można przyrzekać będąc niemowlakiem. Tekst również nieźle dopieprzył ośmioletnim mózgom:
„O Panie Boże, dzięki Ci,
Żeś mi Kościoła otwarł drzwi.
W nim żyć, umierać pragnę”

Robiłem z gitarą co mogłem, by odegnać wizję rychłej śmierci na ołtarzu. Mieli więc wersję reggae, hip-hopową, metalową, bluesową, rockową i funky. Wiedziałem, że w pewnym momencie poproszą mnie o disco, więc się spsiłem i jakoś dobrnęliśmy do końca. Nauczyli się tekstu, co uważam za swoje największe osiągnięcie tego dnia. Wierzcie mi, to tak jakby uczyć żółwia zapierdalać po bieżni.

Kulminację zmęczenia osiągnąłem pod koniec lekcji, gdy okazało się, że moja rola nie ogranicza się do śpiewania głupich piosenek po sto razy. Dzieci uświadomiły mnie, że miały dziś ZDAWAĆ. Pięć warunków dobrej spowiedzi, ojcze nasz, wierzę w Boga, spowiedź, zdrowaś Mario itd. Odłożyłem gitarę, usiadłem na obrotowym krześle i popatrzyłem za okno. Jakiś ptak przycupnął na drzewie. Wpatrywałem się w niego, a w tym czasie koło biurka ustawiła się kolejka uczniów z karteczkami. Moja mina mówiła wszystko, brakowało mi na koniec dnia tylko tego, by dwadzieścioro dzieciaków szeptało mi do ucha akt nadziei.

Zaczęło się widowisko tak dziwaczne i groteskowe, że trudno mi było powstrzymać uczucie, kojarzące się jedynie z odbieraniem premii. Niektórzy uczniowie mają dwujęzyczne domy i ciągle mylą polskie słowa, więc nauka modlitw była dla nich niczym dla was nauka łaciny. Oto kwiatki:

- Pięć warunków dobrej, spowiedzi to: rachunek sumienia, żal, postanowienie poprawy, spowiedź i zażenowanie.
- Ukrzyżowany również za nas, pod Pączkiem Piłatem został umęczony […].
- Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, módl się na nami grzecznymi [...].
- Wierzę w jedynego Boga, Ojca Wszechmogącego, stworzyciela wszystkich rzeczy niewidzialnych.
- Ostatni raz u spowiedzi świętej byłem...zaraz...ja jeszcze nie byłem u spowiedzi świętej.
Itd.

Na sam koniec lekcji podszedł do biurka niewysoki blondyn, który całą poprzednią lekcję siedział skulony w ostatniej ławce, w ręku trzymał karteczkę z modlitwami. Popatrzył na mnie, przeniósł wzrok na pakujących tornistry uczniów, potem spojrzał na kartkę i w końcu zadał pytanie:
- Czy mogę z panem zaliczyć siedem grzechów głównych?

środa, 13 marca 2013

perfekcyjna niedoskonałość


lekcja religii. klasa V. jedno z bystrzejszych dzieci zadaje pytanie, które na chwilę wyprowadza mnie z przymusowego amoku głoszenia słowa bożego:
- Proszę pana, czy Bóg kiedyś zgrzeszył?
Raptem w mojej głowie zachodzi dziwna reakcja, która wyrywa neurony i tarmosi światopoglądem. dlaczego do cholery ta dziewczynka pyta o taką rzecz teraz i akurat kogoś, kto cały ziemski padół uważa za grzech i żart? 
no nic. zbieram się, powstaję, natchnienie przychodzi samo:
- Nie moja droga, Bóg jest istotą idealną. Jest punktem odniesienia, do którego człowiek w swojej prostocie powinien dążyć. Jest wzorem, całością, a my jedynie cząsteczkami owej całości. Bóg nie grzeszy, ponieważ jest niedoścignioną doskonałością, najwyższą miłością. Jest perfekcyjny jak...Fuga Bacha. 

- Kto to jest Fuga Bacha? - pyta jeden z chłopców.
- ....yyy...hm? - odpowiadam bez natchnienia.
- No bo mówi pan o jakiejś Baśce.

W ten oto sposób Bóg stał się perfekcyjny jak Barbara Fuga.

pytania podstawowe


Pytania z dzisiejszych lekcji: 

- A jak to się stało, że Maryja urodziła Jezusa? Przecież musiała uprawiać to obrzydliwe, to co się zaczyna na S!
- Jak powstał świat? Tata mówi, że z wielkiego wybuchu, ale co było przed tym wielkim wybuchem i kto zrobił tę bombę?
- Kiedy urodził się Bóg?
- Jak wyglądał Jezus w naszym wieku? Czy był już wtedy Bogiem i mógł robić wino?
- Jak wygląda Duch Święty? Tak jak ten na Halloween?
- Dlaczego Ewa była taka głupia i posłuchała tego węża i zjadła jego owoc?
- Po co pan nas uczy religii? Przecież chodzimy do kościoła. 

I najlepsze: - Lubię cię. Mogę się przytulić? 0_o

sygnaturka

Mistrzostwo w nalepianiu sygnatur na książki.